Przejdź do treści

Father’s Day. Zarażaj dzieci pasją.

Udostępnij

          Po trzydziestce można już powoli pokusić się o podsumowanie dzieciństwa. (powoli ; ) ). Jakie było moje? Na pewno szczęśliwe. Mówi się, że z czasem zapominamy złe chwile. Nie mam na myśli tego, że one były, tylko to, że nawet jeśli były – to ja ich kompletnie nie pamiętam. Serio. Opowieści o zdartych kolanach i innych bardziej drastycznych sytuacjach znam jedynie z opowieści. Kojarzę moje pierwsze lata życia, aż do okresu nastoletniego jako całkowicie beztroskie i na prawdę bardzo fajne. Potem to już pierwsze miłości i złamane serca, to już się pamięta myślę dobrze ; ) Ale nie o tym dzisiaj.

Dzisiaj o tym jak się stałam tym kim jestem i za co jestem wdzięczna.

Za podróże.

Dzieciństwo kojarzę z ciągłymi wyjazdami. Jakby mnie ktoś zapytał jak często gdzieś wyjeżdżaliśmy to odpowiedziałabym, że byliśmy w górach i nad morzem każdego roku przynajmniej po dwa razy. Nie wiem czy dobrze to zapamiętałam, ale z dzieciństwa pamiętam głównie te wyjazdy. Każdego roku również spędzaliśmy wiele czasu, wiele weekendów nad jeziorem z namiotem, a przynajmniej raz do roku był to minimum tygodniowy/dwu-tygodniowy ? pobyt. Jestem pewna, że sporo napsułam rodzicom krwi na tych wszystkich wyjazdach, no bo jak to dziecko pewnie miałam (a raczej na pewno) miałam swoje za uszami, ale jednak z uporem maniaka targali mnie ze sobą. I za to jestem im wdzięczna. (ja swoje dzieci też targam i cierpliwie poczekam te 30 lat aż mi podziękują ; P ).

Za miłość do natury.

Jakbym dostała dzisiaj zadanie polegające na opisaniu dowolnej, wymarzonej scenerii w jakiej za magicznym pstryknięciem palców mogłabym się znaleźć tu i teraz, takiej która najbardziej by mnie uszczęśliwiła, takiej wymarzonej, dowolnej, co tylko mi się śni, może to być nawet lot na księżyc, to ja widzę to tak: namioty, ognisko, jezioro, wieczór, kiełbaski na własnoręcznie naostrzonych świeżo zebranych kijkach, tata z gitarą, rodzina… Mogłabym wybrać plażę z palmami na Majorce, mogłaby to być gondola w Wenecji, cokolwiek… ale nie zrobię tego. I taka jest szczera prawda. Takie mam marzenia. I to jest zasługa właśnie tej dwójki.

Za spontaniczność.

Pamiętam te dni, zwykle to były piątki, wiosna, lato, wczesna jesień ewentualnie, kiedy okazywało się, że pogodę na sobotę i niedzielę zapowiadają świetną, pada hasło – jedziemy … (pod namiot, w góry, nad morze, różnie, na co aktualnie była ochota, czas, klimat itp.). Tata wracał z pracy i wyciągał swoją uniwersalną, wiecznie żywą „listę rzeczy do zabrania”. Dobrze ją pamiętam, używa jej od lat, nawet nie wiem od ilu już, może być ze dwadzieścia… Taka mała karteczka, zapisana drobnym druczkiem, który tylko on jest w stanie rozczytać ; ) (pismo mam po nim ; ) ). Wyciągał więc tą karteczkę z jakichś tajemnych czeluści i pakował naszego poczciwego malucha (później inne auta, ale do wizji naszego malucha mam sentyment, cały bagażnik na dachu był tak zapakowany namiotem (kiedyś przecież niemałym), śpiworami, materacami, leżakami, stolikiem…, że do dziś pamiętam sytuację, jak jechaliśmy pod namiot i mijali nas z naprzeciwka jacyś ludzie autem, chyba to byli Niemcy, i wyjęli kamerę i zaczęli nas nagrywać. Co ja bym dzisiaj dała za to nagranie! W między czasie kiedy samochód się pakował, mama szła zrobić szybkie zakupy, nakupowała prowiantu (zwykle z tego co dobrze pamiętam to były to obowiązkowo kiełbasy, konserwa tyrolska – uwielbiam do dzisiaj ! -, no i oczywiście zupki chińskie (pamiętam jak weszła na nie moda, mieliśmy takie specjalne żółte, plastikowe kubki – kto pamięta? : D).  Ja też się pakowałam, mój najważniejszy sprzęt wycieczkowy to była mała gierka na baterie, na której był tetris w 4 wersjach i jakieś tam latające samoloty, za którymi nie przepadałam. Biłam rekordy w tetrisa cały dniami wylegując się na leżaku nad jeziorem (i kto mi powie, że kiedyś dzieci nie grały w gry? : ) ). No i jechaliśmy. Cała akcja od podjęcia decyzji do wyjazdu trwała pewnie góra 2 godziny, może mniej. Nikt nie marudził, nikt nie wymyślał. Każdy miał swoje zadanie, brał i robił, a wieczorem już paliliśmy ognisko i śpiewaliśmy polskie hity do wygrywanych na gitarze rytmów odganiając się od komarów. Spontaniczność – bez niej tak wiele by nas ominęło!

Za tu i teraz.

Gdzieś w życiu zatraca się taką zwykłą, ale jak ważną refleksję na temat tego co jest tu i teraz, docenienia tego co nas otacza. Takie zwykłe zatrzymanie się i ucieszenie tym co się dzieje, tym co się widzi. Ja dobrze kojarzę te chwile, kiedy jechaliśmy w góry, właziliśmy już na taką wysokość, że rozpościerał się dookoła piękny widok, i tata zatrzymywał się, brał głęboki oddech i patrzył. Na jego twarzy zawsze wtedy pojawiał się uśmiech. Taki błogi wyraz twarzy. Nie wiem czy on sobie z tego zdaje sprawę, że tak ma, a już na pewno nie zdaje sobie sprawy, że ja to zapamiętałam i że sobie właśnie to bardzo cenię. Ten moment zatrzymania się i celebrowania tej danej chwili. Też tak mam. Potrafię się zatrzymać i zwyczajnie coś docenić. Właśnie dzięki niemu.

Dzieci nigdy nie były dobre w słuchaniu starszych, ale też nigdy nie popełniły pomyłki naśladując ich.

(James Baldwin)

                 Dzisiaj mam swoje dzieci i tego wszystkiego chcę nauczyć je. Bardzo często na tym blogu przewija się wyrażenie „Zarażaj dzieci swoją pasją”. I właśnie o to chodzi. O to wszystko co tutaj napisałam. Często nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo dzieci się od nas uczą. Nie mówienia, nie liczenia, nie czytania, ale właśnie tego jakimi jesteśmy ludźmi. Niech wiedzą, że wspaniale jest mieć coś swojego, coś co będzie je uszczęśliwiać tak po prostu. Nie musi to być zwiedzanie zabytków czy oglądanie ruin 500-letnich zamków, niech to będzie garncarstwo lub zbieranie znaczków, ale niech to będzie ich prawdziwą pasją! Niech wiedzą, że w życiu nie są najważniejsze pieniądze, ciągły bieg, ciągła gonitwa za czymś. Chcę nauczyć dzieci, że warto jest znaleźć sobie to coś, co je zwyczajnie uszczęśliwi. A jak inaczej je tego nauczyć, jak nie pokazując im to jak My cieszymy się naszym życiem i to jak My je doceniamy?

Dla mnie moje dzieciństwo było bardzo wartościową lekcją i taką lekcję chcę przekazać moim dzieciom.

Z dedykacją dla najlepszych rodziców jacy mi się mogli przytrafić ; )


Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.